Wspomnienia z psiej majówki



Każdą wolną chwilę staram się poświęcić mojemu psiakowi. Korzystając z majowego weekendu mieliśmy sporo czasu na wspólną zabawę oraz piesze wędrówki. Wraz ze znajomymi wybraliśmy się na trzy dni w Bieszczady by zaczerpnąć odrobinę świeżego powietrza i zwiedzić co nieco.

Szukanie noclegu



Oczywiście znalezienie kwatery w ostatniej chwili to nie lada wyzwanie biorąc pod uwagę to, że miał jechać także pies. Wiele pensjonatów mimo ogłoszenia o mile widzianych zwierzętach, odmówiło wynajmu pokoju z czworonogiem uznając, że labrador jest jednak za duży. Po wielu telefonach pewna właścicielka zgodziła się na nasz przyjazd, jednak w ostateczności zwolnił się domek tam, gdzie docelowo planowaliśmy się udać – w Mrzygłodzie „Przystań nad Sanem” (gorąco polecam). Jeździłam tam bardzo często w dzieciństwie i chciałam choć na chwilę powrócić do miejsca, w którym czas niegdyś płynął wolniej. Powspominać lata, kiedy na wszystko patrzyło się zupełnie inaczej – oczami dziecka. Oczywiście wiele się zmieniło, ale duch pozostał ten sam. Cisza, spokój, mnóstwo zieleni i miejsc do zobaczenia. Idealne miejsce na „odmóżdżenia się”.

Dzień pierwszy



To pierwsza taka nasza daleka podróż z psem. Przed nami 4 godziny jazdy samochodem i przyznaję, że tego obawiałam się najbardziej – jak Kamaro zniesie podróż. Siedziałam z nim z tyłu i początkowo ciągle na mnie właził, wiercił się i przyjmował dziwne pozycje, ale po dwóch godzinach dał sobie spokój  (chyba mu się  znudziło) i powiedzmy, że był dość grzeczny. Szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Niestety pogoda się popsuła, ale nie zniechęciła nas do spaceru po okolicy. To mała wioska z dwoma sklepami na krzyż, gdzie wszyscy się znają a atrakcją są przyjezdni tacy jak my. Wszystkie psy z okolicznych domów biegają swobodnie jak chcą i gdzie chcą, a tylko Kamaro biedaczek spacerował na smyczy żeby gdzieś nie zginął. Trudno…

Dzień drugi



Tego dnia, po sytym śniadaniu, którego Kamaro nie mógł się doczekać, pojechaliśmy do Sanoka aby pozwiedzać co się nawinie. Udaliśmy się do Muzeum Budownictwa Ludowego z nadzieją, że psiak będzie mógł nam towarzyszyć. Bez żadnych problemów wpuszczono nas na teren muzeum, gdzie Kamaro stał się nie lada jedną z atrakcji dla zwiedzających. Kiedy tylko zatrzymywaliśmy się na chwilę, aby przeczytać opisy domów czy rekwizytów, ludzie przystawali obok i zaczepiali nas. Głaskali psa i mówili miłe słowa, opowiadając także o swoich pupilach. Było to zaskakujące, bo jeszcze nigdy z czymś takim się nie spotkaliśmy. Pewien pan mówił, że tak kocha psy (ma dwa owczarki), że chętnie by z nimi spał zamiast żony (chyba tego nie słyszała) dlatego nie mógł się powstrzymać żeby nie podejść i wytarmosić mojego labka. Inna zaś starsza kobieta zwróciła na nas uwagę, ponieważ jak twierdziła: „Rzadko widuje się zgrabnego labradora, bo większość niestety ma problemy z utrzymaniem wagi” (żeby wiedziała ile nas to kosztuje…). Z kolei jedni państwo byli tak zainteresowani rasą, że z wielką przyjemnością opowiedziałam im wszystko, co wiem na ten temat. Fajnie, że kogoś to zaciekawiło i mogłam podzielić się swoją wiedzą. Nie brakowało nam także zabawnych sytuacji – pewien mężczyzna czytając, co Kamaro na napisane na szelkach (Julius K9) myślał, że to jego imię, a „K9” to symbol funkcji, którą spełnia pies. Także jak widać reakcje ludzi były różne, ale same pozytywne.

Późnym popołudniem będąc już na rynku, chcieliśmy coś zjeść. I tu zaczęły się schody. Otóż pies w restauracji nie jest mile widziany – rozumiem i nie mam o to pretensji, choć czasami widywałam takich gości w knajpach. Całe szczęście, że pojawiły się już ogródki, w których spokojnie można sobie posiedzieć z czworonogiem.

Dzień trzeci



Chcieliśmy zwiedzić Królewski Zamek w Sanoku i co… z psem nie wolno.

Pomyśleliśmy o bieszczadzkich drezynach i co… nie ma miejsca.

Pozostało nam spakować tobołki, wracać do domu i zwiedzić coś po drodze. I tak wylądowaliśmy w Iwoniczu Zdrój – typowo sanatoryjnym miasteczku, z wieloma miejscami do spacerowania. Także tam ludzie zwracali na nas uwagę mimo, że Kamaro nikogo nie zaczepiał. Pewna pani idąc szlakiem stwierdziła, że mój pies nie jest labradorem, gdyż jest za chudy (nie wiem z jakimi tłuścioszkami miała do czynienia). Nawet w kawiarni nie mogliśmy spokojnie posiedzieć, bo co rusz ktoś podchodził do naszego stolika by pogłaskać psa. Chyba trafiliśmy na samych miłośników zwierząt.

Po powrocie do domu



Nie to co u nas. Następnego dnia po powrocie do domu, wybraliśmy się z Kamarem do parku na długi spacer. Już na wstępie pewien mężczyzna na rowerze opieprzył nas, że weszliśmy na kawałek ścieżki rowerowej, którą właśnie jechał. A my tylko mijaliśmy ludzi. Nie musiał się tak unosić. Ale to jeszcze nic. W parku organizowany był pokaz psów ratowniczych, na który co rok chodzimy z psem. Oczywiście wcześniej sprawdzamy czy na tego typu wydarzenie można zabrać pupila. Najwyraźniej nie wszyscy o tym wiedzą, bowiem jedna z pań oburzyła się, że wchodzimy z psem i że to nie jest odpowiednie miejsce. Do prawdy nie wiem co się z tymi ludźmi dzieje. Zauważyłam, że w Bieszczadach jest zupełnie inna mentalność niż u nas. Z czego to wynika?

Najważniejsze, że majówka się udała i że zarówno my jak i psiak, wypoczęliśmy i miło spędziliśmy czas.

  Poniżej kilka zdjęć z naszej wycieczki.